Takie Indie dla matek z dziećmi

Jestem już ładnych parę dni na tej Sri Lance, więc mam już prawo wydawać kategoryczne sądy. A nie są one zbyt pochlebne dla Sri Lanki. Niby, jak przypuszczałem, ten kraj to takie mniejsze Indie. Ale okazało się, że Sri Lanka jest zupełnie nie-indyjska – uładzona, grzeczna i w ogóle błeeee! W każdym razie każdy, kto był w Indiach (i to przeżył), natychmiast zrozumie, co mam na myśli. A kto nie był, musi przeczytać, uwierzyć na słowo. A potem samemu sprawdzić, o co mi chodzi.

Chodzi mi zaś głównie o to, że po dwukrotnym pobycie w Indiach byłem święcie przekonany, iż takie na przykład tuk-tuki, trójkołowe motoriksze, już z taśmy produkcyjnej schodzą poobijane, poobdrapywane i brudne. Celowo, dla kolorytu. Tymczasem okazuje się, że jednak tak nie jest, bo oto po miastach Sri Lanki jeżdżą tylko czyste, zadbane tuk-tuki. Dumni właściciele trójkołowców pucują dzielnie swoje źródła utrzymania, kiedy tylko mogą. Co więcej, tankują je normalną benzyną na normalnych stacja benzynowych. Nie zaś dziwną, czerwonawą cieczą w plastikowej butelce, która to butelka jeszcze przed chwilą stała na drewnianej ławce w krzakach przy drodze, wśród innych jej podobnych plastikowych butelek z ową dziwną, czerwoną cieczą. Nie mogę tego ogarnąć…

Zresztą nie tylko tuk-tuków dotyczy mój problem z ogarnięciem rzeczywistości, w której się znalazłem. Nie uświadczyłem tu jeszcze porysowanych czy powgniatanych po licznych wypadkach samochodów. Wszystkie auta mają tablice rejestracyjne i nieskazitelny lakier. Powiedziałbym nawet, że w przeważającej większości wyglądają stanowczo lepiej niż mój Tiguś w chwili, kiedy w końcu stwierdzam, że nadszedł wreszcie ten czas, aby oddać go do myjni samochodowej. Jakim cudem? Nie tego się spodziewałem…

Nie spodziewałem się też na pewno czegoś, co można nazwać rozsądny ruchem drogowym. Przeraża mnie trochę, kiedy widzę, jak kierowcy używają migaczy, zatrzymują się na czerwonym świetle, a nawet ustępują pierwszeństwa innym pojazdom tak, jak nakazują znaki drogowe. Brakuje mi permanentnego trąbienia na innych użytkowników dróg, machania ręką w kierunku, w którym się skręca (albo i nie) i wszechobecnych stłuczek na skrzyżowaniach. Za parę dni mam zamiar wynająć motor, żeby pojeździć sobie po południowym wybrzeżu wyspy i nie wiem, czy się odnajdę na lankijskich drogach…

Na pewno, po doświadczeniach indyjskich, ciągle nie mogę odnaleźć się jako pieszy. Choćby z tego powodu, że na Sri Lance są przejścia dla pieszych, których faktycznie ktoś używa. Ludzie stoją karnie po obu stronach drogi, czekając, aż na drodze zrobi się pusto (pusto! na drodze!), ewentualnie światło dla pieszych zmieni się na zielone. Jest to dla mnie po prostu niepojęte…

Nie pojmuję tych lankijskich ulic. Jest na nich niewiele śmieci, bo na każdym rogu stoją kosze, które nie tylko są używane przez localesów, ale i regularnie opróżniane przez służby sanitarne. Najbardziej zaskakujący jest dla mnie fakt, że na ulicach w ogóle nie ma krów. Nie tak sobie wyobrażałem ten kraj…

Nie wyobrażałem sobie na przykład, że w numerowanych i opisanych w trzech językach*) autobusach – które jeżdżą nawet 80 km/h!**)  – praktycznie nie będzie tłoku, bo nie obowiązuje tu zasada „jeszcze jeden zawsze się zmieści”. Do autobusu pasażerów mieści się jednorazowo tylko tylu, ile jest miejsc siedzących. A kierowca – to dla mnie prawdziwy szok! – jeździ z zapiętymi pasami, nie wyprzedza na zakrętach, nie rozmawia przez komórkę, nie używa permanentnie klaksonu i nie puszcza głośniej muzyki typu hindo polo. Mało tego! Zatrzymuje swój autobus tylko na oznaczonym przystanku, a nie – jak do tego przywykłem – gdziekolwiek.

Nie przywykłem też do tego, że wszelkie negocjacje trwają przysłowiowe 3 sekundy, jak już załapiesz złotą zasadę, że cena ostateczna zawsze będzie wynosiła połowę ceny bazowej, czy to za przejażdżkę tuk-tukiem, czy reklamówkę wypełnioną owocami. No, i dobija mnie brak standardowych przekrętów typu „visit my cousin’s shop, sir”. Kobiety noszą czyste sari, a mężczyźni – odprasowane koszule i spodnie. Nawet psy są tu jakieś takie mniej wychudzone.

I tu dochodzimy do kwintesencji wyrażonej w tytule wpisu. Jeśli jeszcze nie zrozumieliście, to na Sri Lance jest… jakoś tak… za łatwo, zbyt przyjemnie. Zupełnie inaczej, niż w Indiach.


*) Po syngalesku, tamilsku i angielsku.
**) Średnio 4x szybciej, niż w Indiach.

Autor: Tomek

Politolog i dziennikarz z wykształcenia, konsultant biznesowy z zawodu, podróżnik z zamiłowania. Zarządza agencją konsultingową Ancla Consulting specjalizującą się w dotacjach unijnych dla przedsiębiorców, wykłada geografię polityczną na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Wszystkie wolne chwile wykorzystuje na podróże, a zdjęcia i relacje z nich zamieszcza na tym blogu.

Udostępnij ten post na:

Zostaw odpowiedź