Berastagi

Po dobrej decyzji i locie do Medan odpuściliśmy siłą rzeczy Banda Aceh, gdzie chcieliśmy zobaczyć tylko dwa miejsca, dlatego z miejsca zrezygnowaliśmy. Następnym było Bukit Lawang, ale o tym pisałam już wcześniej. Z Bukit Lawang plan był też, żeby wybrać się do Tangkahan, ale średnią atrakcją dla nas są  gorące źródła, trekking po dżungli na słoniach, mycie słoni i karmienie. Dlatego na miejscu zrezygnowaliśmy, kiedy dowiedzieliśmy się, że trekking jest na słoniach. Zatem następnym punktem na trasie było Berastagi – miasteczka z pomnikiem kapusty. 

Berastagi jest niewielkim miasteczek leżącym u stóp dwóch wulkanów: Sibayak i Sinabung. To dość popularna miejscówka na wypady weekendowe z Medan. Dojazd autobusem zajmuje coś ponad 2 godziny. Przekonującym jest fakt, że leży ono na ponad 1300 m n.p.m. zapewnia to rześkie powietrze i temperatury, które są naprawdę przyjemne do zwiedzania i odpoczynku. Dzięki obecności wulkanów, czytaj – żyzna ziemia oraz sprzyjającemu klimatowi – rak upałów, region ten słynie z uprawy kwiatów, owoców i warzyw. Stąd ta kapusta. Autentycznie, na jednym z rond tego miasteczka, chyba jedynym, znajduje się pomnik kapusty. Zobaczcie poniżej w galerii! Nie bujam! Wszystkie wymienione wyżej można codziennie kupić na targu z czego korzystaliśmy codziennie.
Plan na 3/4 dni tutaj był następujący: wejść na Gunung Sibayak 2212m i spróbować podejść na Gunung Sinabung 2460m oraz zwiedzić okoliczne wioski, w których wciąż można spotkać zabudowę plemienia Batak Karo. 

Wulkany do zdobycia
Gunung Sinabung zrobił nam psikusa i dwa dni przed naszym przyjazdem dmuchnął dymem. W związku z tym, wszelkie trekkingi, spacery w jego kierunku zostały zatrzymane. Oglądaliśmy z daleka jego dymiącą kalderę. Mimo iż rejon jest górzysty, ten wulkan wygląda naprawdę majestatycznie. 
Gunung Sibayak, na szczęście można było odwiedzić i nie zwlekaliśmy z tym planem, żeby nie mieć sytuacji jak u sąsiada. Opcje wspięcia się na ten wulkan są dwie: skuterem podjechać drogą asfaltową i podejść ostatni odcinek pieszo, albo iść szlakiem przez dżunglę. Trochę bardziej wyczynowo, ale po spacerze w parku narodowym Gunung Leuser i ataku lian ma moją osobę, dżungli miałam na jakiś czas dosyć. Zatem skuter, podjazd i podejście. 
Wydawałoby się, że prościzna, co nie? Nic podobnego. Trasa skuterowa jest dość kręta i stroma i wtedy cieszyłam się że nie udało się nam wypożyczyć dwóch skuterków, bo ja swojego pchałabym chyba cały czas. Tomek na szczęście dawał rade, ja siedziałam z zamkniętymi oczami z tyłu. 
Po dojechaniu na start ruszyliśmy do góry na kalderę. Trasa jest błotnista, ale całkiem przyjemna. Nie jest już tak mocno stroma. Po drodze mijaliśmy sporo lokalnych osób, które nawet spały na wulkanie w namiotach. My podeszliśmy na kalderę, obejrzeliśmy z góry niewielkie wulkaniczne jeziorko, Tomek pooglądał i powąchał z bliska fumarole i zeszliśmy na dół. Na powrocie zajechaliśmy zobaczyć gorące źródła, ale z racji okupacji przez lokalnych weekendowiczów, zrezygnowaliśmy z moczenia pup. Skuterkiem wróciliśmy okrężną drogą na wieczorny targ jedzeniowych specjałów. 

Wioski plemienia Karo Batak
Okolice Berastagi są kolebką ludu Karo Batak. Ich ciekawą architekturę można zobaczyć w okolicznych wioskach. Jest ich kilka i rozrzucone są w różnych kierunkach. Najpopularniejsze są Lingga, Kabanjahe i Peceren. 
Batakowie to plemie, o którym jeszcze poczytamy bliżej Danau Toba, ale tutaj stanowią oni największą społeczność. Przejęli chrześcijaństwo od misjonarzy którzy tutaj przyjeżdżali w XIX w. Spora liczba osób przeszła na islam malajski i indyjski. Niezależnie od wyznawanej religii, chrześcijanie i muzułmanie wciąż wyznają animistyczne wierzenia, duchy i tradycyjną medycynę z dżungli. 
Co było charakerystyczne dla tego plemienia, to specyficzne domy. Spotykaliśmy już taka architekturę w Tana Toraja. Docierając do wyżej wymienionych wiosek, wciąż możemy zobaczyć takie domy. W niektórych wciąż ktoś mieszka, inne są już eksponatami muzealnymi, ale można je zobaczyć za drobną opłatą.
Plemiona te trudniły się także uprawa ryżu, a w górach kukurydzy i warzyw. Z racji pogańskich naleciałości lud ten często jest opisywany jako kanibalistyczny. W rejonach jeziora Toba też było to mocno podkreślane. Były to raczej rytualne zabójstwa, związane z wiarą w moc różnych części ciała. Jednak Marco Polo pisał o ludach jedzących ludzi. Pewnie krzta prawdy w tym jest. Na szczęście nie spotyka się już takich praktyk współcześnie, albo przynajmniej nikt o nich nie mówi. 

 

Autor: Ewa

Humanistka z wykształcenia, pracownik branży lotniczej, pasjonująca się relacjami międzyludzkimi, poznawaniem nowych kultur, islamem i fotografią. Co jakiś czas pakuje plecak i jedzie tam, dokąd ciągnie ją serce. Kiedyś dostała propozycję dołączenia do ekipy koleżanek wybierających się do Ameryki Południowej i to wystarczyło, by złapała bakcyla podróżowania. Lubi być blisko ludzi i ich życia. Współtwórczyni tego bloga.

Udostępnij ten post na:

Zostaw odpowiedź