Errata

Pisalem, ze w Bangkoku spokoj. No, to sie pomylilem. Dzis rano, jadac na lotnisko, zeby zlapac samolot na Phuket, widzialem dwa spalone autobusy. Wiadomosci podaly, ze dwie osoby – jeden czlonek antyrzadowych “czerownych koszul” i jeden przypadkowy obywatel – zginely. Ale zasadniczo rozruchy nie wplynely na turystow. Na Khao San wczorajszy festiwal Songkran byl bardziej szalony, niz sie spodziewalem. ;)

Nie widzialem zamieszek, ale kiedy wrocilismy na noc do Bangkoku z wypadu do Kanchanaburi i wodospadow Erawan, mielismy problem, zeby dostac sie na druga strone Chao Phraya. Nie mowie o autobusach, bo te nie jezdzily… Ale nawet taksowkarze nie kwapili sie, zeby przejezdzac mostem Pingklao pod Victory Monument, miejsce, gdzie “sie dzialo”. Tak czy inaczej, kolo 20:30 udalo sie dotrzec na Banglamphu. I oczywiscie, w strugach wody z wiader i pistoletow, jak najszybciej znalezlismy hotel. Moj paszport bedzie wspominal Songkran jeszcze przez jakis czas… ;)

O tym, co dzialo sie na Banglamphu moze pozniej, teraz krotkie podsumowanie ostatnuch dni. Watow mamy dosc i nabijamy sie z nich nieziemsko. Zasadniczo prowadzimy statystyki: jesli nie wiemy, czym dana budowla jest, to w 9 na 10 przypadkow jest watem.

Czyli, numer jeden: najczesciej spotykana budowla – wat.
Z innych statystyk: najczesciej powtarzane zdanie przeze mnie – “we go?” (w roznych wariantach; pytajaco, twierdzaco, a zwlaszcza – rozkazujaco).
Numer trzy: najczestszy dialog pomiedzy Ewa a mna:
 E: “I kill you!”
 T: “Ale jestem zly!” (mamy tendencje do bardzo udanego “wkrecania” sie nawzajem w rozne rzeczy; ostatnio bylo cos o malpach na spadochronach… Musze przyznac, ze Ewa sie wyrabia. :))
Najczesciej odwiedzany sklep: 7 Eleven.
Najczesciej pity przeze mnie napoj: kawa mrozona ex aequo z M150 (energizer typu Red Bull). W ogole z ciekawostek, to podobno energizery oparte o tauryne wynalezli Tajowie, ktorzy uczestniczyli w Muay Thai. A potem rozeszlo sie na caly swiat…
Najczesciej jedzony owoc: ananas.

Jest tego troche. Bede dopisywal na biezaco.

I jeszcze jedno zdanie o cenach. Paskudny dolar jest na poziomie 3,6 PLN (przynajmniej tak mi przelicza Alior), co daje stosunek bhata do zlotowki okolo 10:1. Przykladowo, cos, co nazywaja tu piwem (Singha Beer, wypada mniej wiecej tak przy Zywcu, jak majonez marki Tesco przy Hellman’s-ie) kosztuje w sklepie ok. 30 bhatow; w knajpie: do 100 bhatow. Ceny pokojow z klimatyzacja to od 350 bhatow do 550 za “dwojke”. W sumie w miejscowosciach turystycznych, jak w Patongu na Phuket, jest troche drozej. Nie sa to moze jeszcze “zakopianskie” ceny, ale tak czy inaczej, tanio nie jest. A przynajmniej nie tak, jak sie spodziewalem, ze bedzie.

Autor: Tomek

Politolog i dziennikarz z wykształcenia, konsultant biznesowy z zawodu, podróżnik z zamiłowania. Zarządza agencją konsultingową Ancla Consulting specjalizującą się w dotacjach unijnych dla przedsiębiorców, wykłada geografię polityczną na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Wszystkie wolne chwile wykorzystuje na podróże, a zdjęcia i relacje z nich zamieszcza na tym blogu.

Udostępnij ten post na:

1 Komentarz

  1. Spóźnione ale Naj Naj Najlepsze życzenia urodzinowe! Stara Dupa z Ciebie :P
    Pochwal się, były Tajki? Czy Jedna ale za to JAKA Polka? ;)
    Pozdrowienia dla Was obojga!

    Napisz odpowiedź

Zostaw odpowiedź