Varanasi

Varanasi (dawniej Benares) to Swiete Miasto Hindusow, ktorzy przybywaja tutaj z calych Indii, zeby dokonac rytualnej kapieli w Gangesie – swietej rzece. Miasto ktore – jak przeczytalismy w jednej z relacji – jest “brama do Indii”.

Gdy sie tu pojawilismy, na wstepie zagubilismy sie w bardzo waskich (czasem zaledwie 1-2m!) uliczkach, pomiedzy wysokimi budynkami, w ktorych mieszcza sie kolorowe sklepiki, malenkie “swiatynie”, wszelki lokalny biznes wcisniety w kazda wolna przestrzen. Przy czym okreslenie “wolna przestrzen” nabiera tutaj zupelnie innego charakteru, gdy np sklep ma powierzchnie 2 m kwadratowych. Swoistego uroku dodaja szwedajace sie tymi uliczkami brudne swiete krowy, motocyklisci i gdzieniegdzie riksze rowerowe, a takze wszechobecny tlum ludzi… Bladzac “labirytowymi” uliczkami udalo nam sie jakims cudem znalezc hotel. Potem poszlismy zobaczyc Ghaty… Hmmm… Nagle – po wyjsciu z uliczek – przestrzen: Ganges, wiatr, szerokie schody (Ghaty) w kierunku wody… Wszedzie kapiacy sie Hindusi, momentami nie moglismy uwierzyc ze w tej wodzie, ktora ma 3000 (!!) razy przekroczone dopuszczalne normy czystosci, mozna myc zeby. No, ale moze to wszystko kwestia wiary, bo jak to uslyszelismy w jednej z historii uslyszanej w pociagu: “Woda w Gangesie jest swieta, a jesli nalejemy jej do sloiczka i zostawimy nawet na kilka miesiecy – wciaz bedzie czysta. Bo jest Swieta”. Sa ghaty dla praczy, na ktorych widzielismy zarowno kobiety jak i mezczyzn pioracych odziez, ktora potem byla rozkladana do suszenia na srednio czystych (jak na nasz gust) schodach… Tak na marginesie to bardzo interesujacy widok rozlozonych kilkunastu saari suszacych sie na ghatach. No i wreszcie to z czym kojarzone jest Varanasi: stosy, na ktorych kremowane sa zwloki. Wszystkich ghatow jest w Varanasi 84 (wg Hindusa, ktorego poznalismy w czasie spaceru), z czego przewodnik Lonely Planet wymienia 23 glowne. W tym sa dwa ghaty, w ktorych pali sie zwloki. Tak naprawde to w tych miejscach widoczne sa przede wszystkim ogromne ilosci drewna, ale mielismy tez okazje wejsc w jedyna uliczke, ktora niesione sa ciala do kremacji. Cale Varanasi to tez swieci mezowie (sadhu), zebracy, dzieci wyjatkowo natarczywie proszace o “foto”, a potem chcacych za ta pieniadze, wychudzone psy i kozy, a takze skaczace po dachach i balkonach malpki (jedna od razu przywitala nas przez zakratowane okno w hotelu:))

Zostajemy tutaj jeszcze dwa dni… Na razie nic nie rozumiem z tego miasta:) To zupelnie inny obraz swietosci, z ktora mielismy okazje spotkac sie w Dharamsali, gdzie – o czym jeszcze nie pisalismy – nasze drogi przeciely sie z Dalai Lama, ktory wlasnie tam w tym czasie nauczal… Ale o tym moze nastepnym razem:)

Autor: Marta

Udostępnij ten post na:

Zostaw odpowiedź