Fine City
PODRÓŻNIK: Tomek, WYPRAWA: Tajlandia, Malezja, SingapurNie dlatego, że to miasto-państwo jest takie świetne (choć jest). Dlatego, że jest w nim mnóstwo zakazów i związanych z nimi mandatów, kar i grzywien. Tak, chodzi o Singapur.

Już 05 września pojawi się nowy wpis:
"Świątynia Czarownika i El Castillo"
Nie dlatego, że to miasto-państwo jest takie świetne (choć jest). Dlatego, że jest w nim mnóstwo zakazów i związanych z nimi mandatów, kar i grzywien. Tak, chodzi o Singapur.
Dziś żegnamy Malezję. Żegnamy ją w Melace, uroczym, spokojnym, kolonialnym mieście na południu kraju. Jutro Singapur i… to już końcówka naszej wyprawy.
Ten tytuł już jakby kiedyś był, prawda? ;) Ale dziś możecie wreszcie obejrzeć te lasy wrastające w ocean. Czy właśnie tak to sobie wyobrażaliście?
Jeśli chodzi o dalekowschodnie stolice, to mam porównanie z Katmandu, Bangkokiem, New Delhi i Singapurem. KL wypada może bez rewelacji i rewolucji, ale ogólnie i tak całkiem nieźle na tle ogólnoświatowym. Jest na przykład oczko wyżej przed Singapurem, a egzotyką na głowę bije takie Mexico City czy inny Amman. Choć może to ja jestem jakiś bezkrytyczny w stosunku do wschodnioazjatyckich stolic? W każdej z nich mógłbym z powodzeniem i przyjemnością mieszkać. Ale KL ma swój potężny atut: otóż żadne z wyżej wymienionych miast nie ma Petronas Towers!
…to taka, w której pot leje się z Ciebie strumieniami. A przecież wcale nie idziesz pod górę… Taka, w której ledwo możesz oddychać. A przecież nie minęła jeszcze ósma rano…
Po odnalezieniu dokumentów Ewki przejechaliśmy na południowy wschód – do Tanah Rata w Cameron Highlands. Jechaliśmy tranzytem przez Ipoh, a ja akurat byłem w trakcie lektury Czarnej linii Jeana-Christophe Grangé’a. Kto czytał, wie o co chodzi. Kto nie czytał – polecam! (Jak zresztą każdą książkę tego autora. Ale akurat akcja Czarnej linii rozgrywa się w Malezji.) Aha! W międzyczasie opuchlizna z nóg mi zeszła – równie nagle, jak się pojawiła. Do dziś nie wiem, o co chodziło… :)
Malezja powitała nas poważnymi kłopotami i kosmicznie drogim alkoholem. Ja ponadto jakoś musiałem sobie radzić z moim pseudo- (albo para-) DVT. Pomagał mi w tym lokalny Tiger i owoce morza.
Krabi było ostatnim miejscem, jakie zwiedziliśmy w Tajlandii. Hat Yai nie liczę, bo tam tylko łapaliśmy vana do Malezji. O Krabi pisała już Ewka, pisałem i ja. Potem Ewka napisała jeszcze trochę. Więc dziś tylko parę słów i pokaz fotek.
Byłem rozczarowany. Dwie tajskie wyspy, Pukhet i Ko Phi-Phi, obie położone na Morzu Andamańskim (czyli de facto na Oceanie Indyjskim) wspominam jako mocno przereklamowane. I zatłoczone. I drogie, i zatłoczone, i głośne. I nie wiem, czy wspominałem, że były zatłoczone. Głównie przez pijanych turystów, w dużej mierze australijskich. Ci ostatni chyba traktują Tajlandię jak Brytyjczycy Kraków. :)